czwartek, 2 lutego 2017

Fundamenty - Rozdział XX

 – O kurwa. – Wojciechowski pokręcił głową, obserwując nadal siedzącego w sali przesłuchań syna posła Strzelińskiego. – Młody po nią pojechał, ta? – zwrócił się do stojącego obok z założonymi rękoma komisarza.
Czachor przytaknął mu tylko ruchem głowy. Z niedowierzaniem patrzył na tego młodego człowieka. Ile on mógł mieć lat? Najwyżej dwadzieścia parę. Co siedziało w jego głowie? Jakim skurwielem trzeba było być, aby coś takiego robić? Na początku Artur myślał, że owszem – ma do czynienia z pedofilem, ale takim, który nie posuwa się do żadnych czynów, z wyjątkiem chorego fantazjowania i samo zaspokajania się przed roznegliżowanymi zdjęciami kilkuletnich dzieci, ściągniętych z zagranicznych serwerów. Mylił się... Ten sukinsyn robił to od co najmniej dwóch, trzech lat. Krzywdził kogoś, kto nie był niczemu winien. Niszczył komuś całe życie. Był po prostu jebanym zwyrodnialcem. Jego tatuś też.
– Co robimy? Czekamy na nich? – zapytał po chwili ciszy podkomisarz.

Artur spojrzał na trzymane w ręku zdjęcia, które znalazł na pendrivie.
– Poczekamy. Uderzymy na dwa fronty. Któreś prędzej czy później i tak się przyzna.
W tym momencie dobiegły ich krzyki, dochodzące z końca wąskiego korytarzyka.
– Proszę mnie puścić! Co panowie sobie do cholery myślą! Ja tego tak nie zostawię! O nie! Ja z tym do sądu pójdę!
Dwóch umundurowanych funkcjonariuszy prowadziło właśnie skutą od tyłu, awanturującą się i szarpiącą na boki kobietę. Za nimi szedł Maciek.
– O proszę! – krzyknęła, kiedy podeszli bliżej Czachora i Wojciechowskiego. – Wszystko jasne! Policyjne świnie! To jest skandal! – Wykonywała takie ruchy, jak gdyby chciała się wyrwać prowadzącym ją policjantom.
– Tutaj, panie aspirancie?– Jeden z funkcjonariuszy wskazał na białe drzwi.
– Tak – przytaknął mu.
– Ja tego tak nie zostawię! Jeszcze mnie popamiętacie! – wrzeszczała kobieta, kiedy wprowadzano ją do biura, które wykorzystywano także jako pokój przesłuchań.
– Załatwione – odetchnął Król, kiedy zniknęli za drzwiami.
– Zabraliście dziecko do szpitala? – zapytał komisarz.
– Ta.
– Mówiłem, że to jebana suka – rzucił Przemek. – Dobra, jak to robimy dokładnie?
– My wracamy do młodego Strzelińskiego, a Maciek – Artur wskazał na aspiranta.– zajmie się Przybysz.
– Z chęcią bym sobie teraz porozmawiał z tą piźniętą jędzą. – Wojciechowski uśmiechnął się krzywo.
– Ok, to ja zaczynam. – Król naciskał już na klamkę pomieszczenia, do którego wprowadzono Joannę Przybysz.
Czachor pokiwał głową na znak, aby wchodził. Kiedy aspirant zniknął za drzwiami, znów zostali sami. Przez dłuższą chwilę w milczeniu patrzyli tępym wzrokiem w lustro weneckie.
– Idziemy? – Podkomisarz spojrzał na Artura.
– Idziemy – odpowiedział, odrywając wzrok od szyby.
– Ja zły, ty dobry?
– Nie. – Pokręcił głową. – Teraz pokażemy skurwielowi, jak bardzo zła i niedobra jest polska policja.
Wojciechowski po cichu gwizdnął, a następnie ruszył za nim.

Nim zdążyli usiąść, komisarz rzucił tonem zawierającym nutę rozczarowania:
– Nie dotrzymałeś naszej umowy.
Przez twarz Macieja Strzelińskiego przemknęło zdziwienie.
– Nie rozumiem – odezwał się mecenas Michalski. – Jaka umowa?
– Pański klient nic panu nie powiedział? – Uśmiechnął się złośliwie Przemek, kładąc na stole worek z pendrivami.
– Co to jest? – zapytał zaskoczony adwokat, a następnie popatrzył pytająco na syna posła.
– No powiedz, panu mecenasowi, co tam jest. – Podkomisarz posłał chłopakowi jadowite spojrzenie.
Chłopak milczał.
– No powiedz – naciskał Wojciechowski.
– Panowie, panowie. – Michalski zamachał energicznie rękoma. – O co tutaj chodzi?
– Te pendrivy znaleźliśmy w sypialni pańskiego klienta – zaczął tłumaczyć Czachor. – Ujawniliśmy na nich treści o charakterze pornografii dziecięcej.
Adwokat wydał się być nieco zszokowanym. Komisarz domyślał się jednak, że było to na wpół udawane. Z tego co się orientował, była to dosyć znana plotka. W zasadzie to prawdziwa historia...
– Maciek – kontynuował, spoglądając na młodego Strzelińskiego – obiecał być z nami szczery, w zamian za pewnego rodzaju dyskrecję. Nie wywiązał się jednak z umowy.
– Dlaczego?
– Pamiętasz jak pytałem cię, o co się pokłóciłeś z ojcem? – zwrócił się do młodzieńca.
Nic nie odpowiadał. Znowu wbił wzrok w blat stołu.
– Patrz na pana komisarza – rzucił ostrym tonem Wojciechowski. – Nie słyszałeś pytania?
Adwokat posłał Przemkowi pretensjonalne spojrzenie. Ten jednak wydał się być tym zupełnie nie przejęty.
– No co jest? – Nie odpuszczał.
– Odpierz się pan – odezwał się nagle chłopak.
Przemek spojrzał wyczekująco na Artura.
– Rozumiem, że nie pamiętasz – zaczął komisarz po chwili ciszy. – Może to ci pomoże. – Dynamicznym ruchem rozłożył na stole, przygotowane wcześniej, zdjęcia.
Maciej Strzeliński zamarł.

– Zapytam jeszcze raz. – Król wypowiadał powoli każde słowo. – Czy zna pani posła Krzysztofa Strzelińskiego?
Joanna Przybysz, której na czas przesłuchania zdjęto kajdanki, patrzyła teraz wyzywającym wzrokiem na aspiranta. Założyła jedną nogę na drugą. Usta wydęła w dzióbek, jak gdyby zastanawiała się nad jakąś ciętą ripostą.
– Nie – odparła obojętnie, unosząc wzrok do góry.
– Na pewno?
– Myślałam, że jest pan nieco bardziej rozgarnięty niż pana koledzy. Mówię przecież, że nie.
– Dobrze. Proszę mi zatem opowiedzieć o swoim mężu.
– O tej świni? – Skrzywiła się. – Po to mnie tutaj przywlekliście w kajdankach? Wy chyba nie zdajecie sobie sprawy z konsekwencji...
– O tym porozmawiamy później – przerwał jej stanowczo. – Proszę opowiedzieć o swoim mężu.
– Świnia – stwierdziła jednym słowem, a po chwili dodała: – Pierdolona jebana świnia.
– Zacznijmy od imienia. – Uśmiechnął się nieco.
– Karol – odpowiedziała, odwracając wzrok na bok.
– Nazwisko?
– Przecież już mówiłam – zaczęła poirytowana – że nie wzięliśmy rozwodu.
– Dlaczego?
– Bo widocznie mi się tak podobało – rzuciła lekceważąco. – Mogę zapalić? – Zapytała rozdrażniona, rozglądając się po pomieszaniu.
– Nie.
– No tak... – prychnęła.
– Gdzie wyjechał mąż?
– Pan jest, przepraszam, idiotą?
– Gdzie wyjechał mąż? – powtórzył z naciskiem na każde wypowiadane słowo.
– Do Anglii – westchnęła z nieskrywaną irytacją.
– Gdzie dokładnie?
– Skąd mam wiedzieć? – obruszyła się.
– A kochanka męża?
– Co kochanka?!– zareagowała dosyć agresywnie.
– Proszę mi o niej opowiedzieć – poprosił, starając się być dla niej uprzejmym, chociaż tak naprawdę próbował ją właśnie celowo jeszcze bardziej zdenerwować.
– Zdzira, pinda, suka, dziwka, kurwa – wyliczała obojętnie. – Coś jeszcze?
– Może na początek imię i nazwisko.
Joanna Przybysz westchnęła ciężko.
– Przecież mówiłam...
– Nie wierzę, że nie pamięta pani jak nazywała się kochanka męża – przerwał jej.
Kobieta otworzyła usta, ale na tym poprzestała. Chyba nie spodziewała się takich słów ze strony przesłuchującego ją policjanta. Zresztą, nie wyglądała na osobę, która pozwalałaby komukolwiek poddawać w wątpliwość jej twierdzenia.
– Paulina Wiśniewska. Zgadza się? – Popatrzył na nią uważnie. Złość i irytacja wydawały mu się tylko maskami na twarzy kobiety. Tak naprawdę odczuwała teraz strach. Wiedziała, że ma coś na sumieniu. Król też to wiedział.
– Może...– Starała się zabrzmieć jak najbardziej obojętnie.
– Czyim dzieckiem jest Zuzanna Przybysz? – Zaczynał uderzać w coraz bardziej czułe punkty.
– Jej – odburknęła.
– Na pewno?
– Mogę mieć prośbę?
– Słucham.
– Czy mógłby porozmawiać ze mną ktoś... hmm... bardziej rozgarnięty. Nie żebym coś do pana miała... – mówiła z udawaną uprzejmością.
– Nie sądzę – odparł krótko. – Czyli mam rozumieć, że Zuzanna Przybysz to dziecko pani Wiśniewskiej?
– Tak – westchnęła po raz kolejny. – Gdzie ona w ogóle teraz jest?
– Kto?
– Zuzia.
– Zajęliśmy się nią. Proszę się o nią na razie nie niepokoić. Jest w dobrych rękach – zapewnił. – Dlaczego rodzice Pauliny Wiśniewskiej nie wiedzieli nic o ciąży? – kontynuował.
– A skąd ja mam, do jasnej cholery, wiedzieć? Przepraszam, dowiem się w końcu dlaczego tutaj właściwie jestem?
– Wszystko w swoim czasie – odpowiedział spokojnie, próbując cały czas utrzymywać z nią kontakt wzrokowy.
– Wszystko w swoim czasie... – powtórzyła, przedrzeźniając go. – Jakim prawem wy mnie tutaj w ogóle trzymacie?! W ogóle to macie jakiś nakaz? Jakim prawem zakuliście mnie w kajdanki? – pytała z oburzeniem.
– Gdyby zachowywała się pani spokojnie, nikt by nie zakładał pani kajdanek – wytłumaczył Maciek.
– Ja tego tak nie zostawię – zagroziła.
– Ma pani takie prawo – odparł obojętnie. – Mąż przysyła pani pieniądze, tak? – zmienił temat.
– Chociaż na tyle go stać...
– Przelewa je pani na konto?
– A co to pana w ogóle obchodzi?!
Widząc, że nie zrobiło to wrażenia na aspirancie, odpowiedziała:
– Przysyła w paczkach.
– Co robi pani z pieniędzmi?
– No to już chyba...
– Chodzi o to, gdzie je pani przechowuje. Wpłaca je pani na konto w banku?
– Różnie. Co to ma w ogóle za znaczenie?
Sprawiała wrażenie zdziwionej, chociaż nie do końca. Chyba zaczynała zdawać sobie sprawę z tego, że popełniła błąd. I to wcale nie podczas przesłuchania, a dwa dni wcześniej, kiedy Przemek i Artur rozmawiali z nią w Bachmatówce.
– Zapytam po raz kolejny. Czy zna pani posła Krzysztofa Strzelińskiego?
– Mówię przecież... – Machnęła ręką. – Nie.
Chyba już się zorientowała – pomyślał z satysfakcją aspirant. Już nie była taka odważna, jak przed chwilą.
– Rozumiem. – Pokiwał powoli głową. – A jego syna Macieja Strzelińskiego?
– Nie.
– Może Pawła Teodorczyka?
– Nie. O co chodzi?
Maciek, nie spiesząc się, otworzył leżącą na biurku teczkę i wyciągnął z niej kartkę papieru. Następnie podsunął ją, siedzącej naprzeciwko, Joannie Przybysz.
– Co to? – W jej głosie nie było już słychać arogancji.
– Wyciąg z konta bankowego posła Strzelińskiego – wyjaśnił. – Proszę spojrzeć na operacje zakreślone markerem. – Wskazał palcem jedną z nich.
Kobieta siedziała, tępo wpatrując się w wydruk. Wiedziała, co na nim jest. Wiedziała też, co to dla niej oznacza. Teraz prawdopodobnie myślała nad jakimś sensownym wytłumaczeniem.
– Chciałaby mi pani coś powiedzieć? – zapytał Król po dłuższej chwili.
Milczała. Zmarszczyła czoło. Myślała. Myślała, jakie wyjście z tej sytuacji będzie dla niej najlepsze. Podniosła wzrok na policjanta. W jej, dotychczas wyrażających bezczelność i pewność siebie, oczach pojawiły się łzy.
– To było jakieś trzy lata temu... – zaczęła tłumaczyć płaczliwym głosem. – Przychodzili, dzwonili...
– Kto?
– Strzeliński i... i... i jego ludzie.
– Po co?
– Ggrozili nam... Straszyli, że sppalą mi ddom. – Łkała po cichu. – Że... że... że tten chłopak... jego syn... że on... pporwie... Zzzuzię.
– Dlaczego?
– Bbbo jja... – zwiesiła głos.
Cała się trzęsła. Wyglądała żałośnie. Co chwila ocierała policzki z łez, jeszcze bardziej rozmazując, nałożony w nadmiernej ilości, tusz do rzęs.
– Tak? – zachęcił ją do mówienia.
– Bo jja... – próbowała dokończyć. – Bbo ja... – Maciek upewnił się, czy ustawiona w rogu pomieszczenia kamera jest włączona. Za chwilę miały paść decydujące słowa. – Ja widziałam, jak oni zakopywali te zwłoki – powiedziała na jednym oddechu.
Kurwa mać – pomyślał ze złością aspirant. Nie o to chodziło... Chociaż musiał przyznać, że gdyby nie nieścisłości w czasie, to historyjka Joanny Przybysz byłaby całkiem sensowna.
– Obbiecali co mmiesiąc przelewać pieniąddze. Miałłam millczeć – tłumaczyła.
Król nie odzywał się. Zastanawiał się jak to teraz rozegrać.
– Jja – mówiła dalej. – Jja koccham Zzzuzię. To nie mmoje ddziecko, alle jja ją kochham. Nnaprawdę. – Popatrzyła mu prosto w oczy, wyczekując zrozumienia.
– Kłamie pani – stwierdził pewnym głosem.
Zapadła cisza. Kobieta zmarszczyła brwi i spojrzała z nienawiścią na policjanta. Wyglądała tak, jakby za chwilę miała rozszarpać go na strzępy. Maciek nawet przez chwilę zaczął obawiać się reakcji Przybysz. Nie pokazywał tego jednak po sobie.
– Jak pan śmie?! – wykrzyknęła, jednocześnie wybuchając płaczem. – Jak pan może?! Jezu... – Zakryła twarz dłońmi, głośno szlochając.
Odczekał chwilę. Co teraz powinien zrobić? Chyba trzeba było zrobić przerwę... Tak.
– Proszę się nad tym jeszcze zastanowić – powiedział, wstając od biurka i przechodząc obok niej.
– Zostań z nią – polecił stojącemu przy drzwiach funkcjonariuszowi.

Ruszył w kierunku dystrybutora z wodą. Musiał ochłonąć. Kiedy wracał, popijając z plastikowego kubka, z pokoju przesłuchań wyszli jego koledzy.
– Chujnia – rzucił na jego widok Wojciechowski. – Nasz książę zamilkł jak, kurwa, zaklęty.
– Co u ciebie? – zapytał Artur.
– Kłamie – stwierdził aspirant. – Ale już wie, że wpadła. Teraz będzie wciskać mi różne historyjki, na przykład o tym, że pieniądze były w zamian za milczenie w sprawie zwłok zakopanych na działce obok.
– Tempa dzida – odezwał się z nieskrywaną złością podkomisarz. – Jak, kurwa, można coś takiego urządzić dla dzieciaka? Kurwa, jak? Ja rozumiem, że to nie jej... Ale kurwa! – Pokręcił z niedowierzaniem głową.
Czachor też nie rozumiał. Tego nie dało się zrozumieć. To co zrobiła Przybysz... To co zrobił Strzeliński... Tego nie dało się chyba nawet opisać słowami. Poczuł wibrujący w kieszeni telefon. SMS. Od Małgosi. Cholera, nie miał teraz do tego głowy. Jednak chciał. Był ciekawy. Uważał, że powinien. Odblokował ekran, nieco się uśmiechając.
Kogo zatrzymaliście w parku?
Cholera, tylko nie to – pomyślał zestresowany. Zauważył, że dłonie mu się nieco spociły. Nie mógł jej teraz zbyć. Czuł, że mógłby wszystko zepsuć. Ale przecież tak nie można... Spojrzał na Maćka i Wojciechowskiego. Uniósł palec nad dotykową klawiaturą. Zastanawiał się. Powinien? Nie. Chciał? Tak. Huk, raz się żyje – uznał w końcu i zaczął pospiesznie redagować odpowiedź.
M. Strzeliński. Jest afera. Pote... – zatrzymał się, a następnie po chwili namysłu wykasował początek ostatniego zdania i wysłał wiadomość.
Jaka afera???
Westchnął ciężko.
Teraz przesłuchujemy. Godzina, dwie, trzy...
OK :) Niedaleko jest fajna kawiarnia ;)
Adres?
Pułaskiego 32. Daj znać, jak skończycie
OK :)
:*
Poczuł to przyjemne uczucie. Na chwilę zapomniał o tej całej cholernej sprawie. Myślał tylko o niej. Nieważne było to, o co go pytała. Ważne było, że to ONA go pytała. Może potrzebował już tego wcześniej? Może gdyby miał kogoś, kto by go odciągał od tych wszystkich śledztw, kiedy wracał z pracy... Może...
– Kolega, patrzę coś rozpromieniał – wyrwał go z zamyślenia głos Przemka. – Czyżby...
– Może. – Kąciki jego ust mimowolnie powędrowały ku górze.
– No! – Poklepał go po ramieniu. – Tylko pamiętaj, o tajemnicy śledztwa. – Puścił do niego oczko, a następnie głośno się zaśmiał: – Żartuję, stary. Nie rób takiej miny. To ty nas możesz co najwyżej podpierdolić.
Usłyszeli czyjeś kroki. W ich kierunku szła młoda, ubrana w mundur policjantka.
– Panie aspirancie – odezwała się ciepłym, nieco nieśmiałym głosem, kiedy się do nich zbliżyła. – Pani sierżant dzwoniła, że już skończyli w szpitalu.
– I?
– No i... tego... – zawiesiła głos.
– Są ślady wykorzystania? – wtrącił się Czachor.
– Są. – Spuściła nieco głowę.
Jeszcze się wyrobi – uznał komisarz, a następnie uśmiechając się przyjaźnie, zwrócił się do funkcjonariuszki:
– Dziękujemy.
– Jebany skurwiel – zaklął podkomisarz, kiedy dziewczyna zniknęła w głębi korytarzyka.
Artur całkowicie się z nim zgadzał. Jak można było coś takiego robić? Jak można było na takie coś pozwalać? Dobra zmiana – pomyślał ze złością. Najchętniej zostałby teraz sam na sam ze Strzelińskimi i Przybysz. Ale nie... Nie wywiną się. W pierdlu przeżyją koszmar. Sam się o to zatroszczy. Teraz pozostawało ich tylko do niego wsadzić.
– Wracamy? – Popatrzył po stojących obok kolegach.
– Wracamy – stwierdził Przemek, pewnym krokiem ruszając do drzwi. – Dojebmy skurwielom.

– Wszystko już wiemy – rzucił w stronę młodego Strzelińskiego, kiedy tylko wszedł do pomieszczania.
Chłopak nadal milczał. Od czasu, kiedy Czachor pokazał mu zdjęcie, nie wypowiedział ani jednego słowa. Jego wargi drżały. Był blady jak ściana. Na czole co chwila pojawiały się wielkie krople potu, powoli zsuwające się po twarzy. Co jakiś czas nerwowo zerkał na adwokata, jakby liczył na to, że ten w jakiś niewytłumaczalny sposób zabierze go z tego miejsca. O niczym takim nie mogło być mowy. Mieli dowody. Całkiem twarde. Wszystko jednak można było podważyć. Szczególnie w tego typu sprawach. Szczególnie, kiedy podejrzanym był syn posła, a sam poseł był w sprawę zamieszany.
– Joanna Przybysz wszystko nam powiedziała – dodał podkomisarz, gdy zajął miejsce naprzeciwko chłopaka.
– Kłamie – zaprzeczył gwałtownie, po czym prawieże zakrył sobie dłonią usta. Zatrzymał się w pół ruchu. Zrozumiał, że popełnił błąd.
– Czyli znasz Joannę Przybysz? – zapytał Artur.
– Nie... – Popatrzył na Michalskiego. Ten jednak, nie do końca rozumiejąc chyba o co w tym wszystkim chodzi, nie odezwał się ani słowem. Po wyrazie jego twarzy było widać, że stara się wszystko dokładnie przeanalizować i ułożyć. – Nie znam – powtórzył z większą pewnością w głosie.
– To skąd możesz wiedzieć, że kłamie? – zaśmiał się Przemek.
– Tak...
– Srak – przerwał mu, ignorując kolejne pełne wyrzutu i zniesmaczenia spojrzenie mecenasa. – Wszystko nam powiedziała, Maciek. Wszystko wiemy, rozumiesz?
– Panowie – odezwał się w końcu Michalski – proszę zatem o przedstawienie waszej wersji. W przeciwnym razie nie widzę dalszego sensu...
– Dobra – zgodził się z obojętnością w głosie Wojciechowski. – Przyznanie się do winy zawsze by trochę poprawiło sytuację pańskiego klienta... – Zawiesił głos, spoglądając na przestraszonego chłopaka w oczekiwaniu na to, że ten coś powie. Nadal jednak konsekwentnie milczał. – ...ale widzę, że nie są tym panowie zainteresowani – stwierdził krótko. – Artur? – zwrócił się do komisarza.
– Pani Joanna Przybysz, mieszkanka Bachmatówki – zaczął, będąc wywołanym do odpowiedzi – przyznała, że przyjmowała pieniądze od posła Krzysztofa Strzelińskiego w zamian za możliwość wykorzystywania seksualnego, znajdującej się pod jej opieką, Zuzanny Przybysz przez syna pana posła – Macieja Strzelińskiego, czyli pańskiego klienta.
– Macie panowie na to jakieś dowody?
– Owszem – odpowiedział ze spokojem w głosie. – Ale to jeszcze nie wszystko... – Spojrzał na młodego Strzelińskiego, który był teraz tak przestraszony, że wydawało się, że zaraz zemdleje. – Pani Przybysz twierdzi, że poseł Strzeliński i pański klient zastraszali ją i wymusili na niej przyzwalanie na wykorzystywanie seksualne dziecka, będącego pod jej opieką.
– Dowody? – naciskał mecenas. Na jego twarzy oprócz sporego zdziwienia także malował się strach. Chyba nawet on, wiedzący zapewne o skłonnościach syna swojego dawnego kolegi, nie przypuszczał, że jest on gotowy posunąć się do czegoś takiego.
– Mamy zeznania pani Przybysz, operacje bankowe posła Strzelińskiego, badania lekarskie Zuzanny Przybysz – poinformował.
– To jeszcze nic nie znaczy – stwierdził z udawaną pewnością i obojętnością adwokat.
– Być może... – odparł komisarz. – Czekamy jeszcze na przesłuchanie Zuzanny Przybysz. Dalej twierdzisz, że jej nie znasz? – Spojrzał na chłopaka.
– Nic nie mów. – Powstrzymał go gestem ręki Michalski. – Nie będziemy z panami rozmawiać o ich własnych domysłach czy też wymysłach jakiejś kobiety.
Policjanci popatrzyli po sobie nieco skonsternowani. Nie do końca tak to sobie wyobrażali. Liczyli, że wspomnienie o zeznaniach Przybysz, zawierające informację o tym, że była zmuszana przez Strzelińskich, spowoduje, że chłopak zacznie się bronić przed tym właśnie zarzutem, a tym samym przyzna do wykorzystywania dziecka. Niestety Maciej Strzeliński był chyba w zbyt wielkim szoku. Ktoś odkrył jego tajemnicę. Tajemnicę, którą udawało mu się skrywać przez kilka, może nawet kilkanaście lat.
– W takim razie – zaczął powoli Artur. – Prokurator jeszcze dzisiaj przedstawi pańskiemu klientowi zarzut posiadania materiałów pedofilskich oraz usiłowania zabójstwa ojca – Krzysztofa Strzelińskiego i najprawdopodobniej skieruje wniosek o trzymiesięczny areszt – zakończył, wstając od stołu.

Maciek już na nich czekał. Jego nieco zasępiona mina nie zwiastowała niczego dobrego.
– Dupa – stwierdził. – Cały czas mi ryczała i wymyślała jaki jestem zły, nieczuły, okrutny i tak dalej... – Machnął ręką. – A u was?
– To samo – odpowiedział mu Przemek. – Jeszcze ten pierdolony Michalski. – Pokręcił głową.
Czachor zerknął na telefon. Sam do końca nie wiedział dlaczego. Mówił sobie, że chciał sprawdzić godzinę. Przez myśl przemknęło mu również, że być może chciał sprawdzić czy nie dostał żadnego nowego SMSa od Małgosi.
– Co robimy? – zapytał, chowając smartfona do kieszeni.
Wojciechowski zastanowił się chwilę, drapiąc się po podbródku.
– Młody, próbowałeś blefu, że niby chłopak ją podpierdolił? – zwrócił się do aspiranta.
– Ta. – Pokiwał smętnie głową.
– Kurwa... Nie ma sensu już ich dzisiaj ruszać.... Gówniarza wsadzimy na dołek na pewno, z nią się jeszcze zobaczy. Może przez noc przemyślą sobie to wszystko... Dobra. – Ożywił się nieco. – Młody, weź się protokołami zajmij, a my do Cielaka pójdziemy pogadać o nakazach i przesłuchaniu dziewczynki, ok?

– Robi się – westchnął, będąc wyraźnie rozczarowanym i być może już nieco zmęczonym.

=> Rozdział XXI

2 komentarze:

  1. O rany...a ja narzekałam na brak akcji. ;) Super.

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonała Shalis dla WioskaSzablonów przy pomocy AlexOloughlinFan, subtlepatterns.