Rozdział może zawierać elementy nieodpowiednie dla osób poniżej 18. roku życia.
Trzymając się za ręce, powoli przemierzali suwalskie uliczki, na których zaczynały zapalać się już latarnie. Powietrze zrobiło się całkiem przyjemne. Oddychał głęboko, co chwila przymykając oczy. Starał się zapomnieć o całym dniu, o tym paskudnym zapachu wódki i papierosów w domu Szymańskiego. Czuł lekki ból w okolicach skroni. Chciało mu się spać. Ale kiedy tylko kątem oka spojrzał w jej stronę... Wszystko inne przestawało istnieć. Była taka piękna. Czuł zapach jej perfum. Pewnie drogich jak cholera. Ale on byłby teraz gotowy jej wszystko kupić. Nawet gdyby musiał na to oszczędzać miesiącami, latami. Zrobiłby wszystko, czego by zapragnęła.
Zbliżali się do bloku, w którym mieszkała. Nie chciał, aby to się kończyło. Chciałby z nią tak spacerować, jak gdyby nie istniało jutro, jak gdyby nie było tych wszystkich rzeczy do zrobienia, spraw do załatwienia. Jak gdyby na świecie byli tylko on i ona. Nikt i nic więcej.
Zatrzymali się. Stanęła naprzeciwko niego. Patrzyła mu prosto w oczy.
– To jak? – Uśmiechnęła się czarująco, spoglądając w kierunku apartamentowca. – Wejdziesz, bohaterze?
poniedziałek, 24 kwietnia 2017
sobota, 22 kwietnia 2017
Fundamenty - Rozdział XXX
Znalezienie papierosów bez polskich znaków skarbowych, którymi handlował Szymański zajęło im zaledwie chwilę. Tak jak powiedział im mężczyzna, paczki z kontrabandą znajdowały się w piwnicy. Nie były nawet jakoś specjalnie ukryte. Tuż obok nich stały słoiki z przetworami.
– Kurwa, sporo tego – westchnął Przemek, kiedy po raz kolejny zszedł na dół, aby wynieść kolejny karton. – Mam nadzieję, że to nie jest magazyn.
– Że co? Jaki magazyn? – Zdziwił się Czachor.
– No co? – Popatrzył na niego. – U was nie ma przemytników w Białym?
– No są... Znaczy bardziej w tych przygranicznych powiatach... – Zastanawiał się, o co mogło chodzić podkomisarzowi. – Masz na myśli...
– No, no. – Pokiwał głową. – Na moje oko to może być tak zwany magazyn, a ten Szymański to dystrybutor. Rozumiesz, gość się świetnie nadaje – pijaczek, uzależniony, samotnie wychowujący dzieci, pewnie bezrobotny.
– Myślisz, że pracuje dla jakiejś... – Nie chciał dać po sobie poznać, że zgłębiał już temat tutejszej przestępczości zorganizowanej. – Hmm... większej grupy?
– Grupy... – Zaśmiał się pod nosem Wojciechowski. – To żadna tam grupa, stary. To jest normalna mafia. Temu jeżeli trafiliśmy na ich magazyn, to, że tak powiem, mamy przejebane. Nie wiem, jak jest u was w Białym, ale tutaj panuje taka niepisana zasada, że jedni drugim nie wchodzą w drogę. A jak już sobie wejdą...
– To co? – zapytał Czachor.
Dopiero po chwili zorientował się, że chyba nie powinien był zadawać tego pytania. Zaraz wyjdziesz na palanta z wojewódzkiej – zganił sam siebie.
– Jak zaczynałem służbę – odparł bez cienia urazy Przemek. – to którejś nocy spłonęły dwa radiowozy, zaparkowane przed jednym z komisariatów. Niby zwarcie instalacji, niby jeden zajął się od drugiego. Niby przypadek, że tydzień wcześniej patrol drogówki z tego samego komisariatu przy rutynowej kontroli ujebał ciężarówkę pełną szlugów. I powiem ci, że nikt już tego specjalnie nie ruszał. Biegły napisał w papierach co trzeba, sprawa poszła do umorzenia, a wojewódzka dała dwie nowiutkie radiolki. – Spojrzał na, nieco zaskoczonego jego opowieścią, komisarza, a następnie dodał, jak gdyby chciał, aby historia stała się jeszcze bardziej intrygująca:
– Kurwa, sporo tego – westchnął Przemek, kiedy po raz kolejny zszedł na dół, aby wynieść kolejny karton. – Mam nadzieję, że to nie jest magazyn.
– Że co? Jaki magazyn? – Zdziwił się Czachor.
– No co? – Popatrzył na niego. – U was nie ma przemytników w Białym?
– No są... Znaczy bardziej w tych przygranicznych powiatach... – Zastanawiał się, o co mogło chodzić podkomisarzowi. – Masz na myśli...
– No, no. – Pokiwał głową. – Na moje oko to może być tak zwany magazyn, a ten Szymański to dystrybutor. Rozumiesz, gość się świetnie nadaje – pijaczek, uzależniony, samotnie wychowujący dzieci, pewnie bezrobotny.
– Myślisz, że pracuje dla jakiejś... – Nie chciał dać po sobie poznać, że zgłębiał już temat tutejszej przestępczości zorganizowanej. – Hmm... większej grupy?
– Grupy... – Zaśmiał się pod nosem Wojciechowski. – To żadna tam grupa, stary. To jest normalna mafia. Temu jeżeli trafiliśmy na ich magazyn, to, że tak powiem, mamy przejebane. Nie wiem, jak jest u was w Białym, ale tutaj panuje taka niepisana zasada, że jedni drugim nie wchodzą w drogę. A jak już sobie wejdą...
– To co? – zapytał Czachor.
Dopiero po chwili zorientował się, że chyba nie powinien był zadawać tego pytania. Zaraz wyjdziesz na palanta z wojewódzkiej – zganił sam siebie.
– Jak zaczynałem służbę – odparł bez cienia urazy Przemek. – to którejś nocy spłonęły dwa radiowozy, zaparkowane przed jednym z komisariatów. Niby zwarcie instalacji, niby jeden zajął się od drugiego. Niby przypadek, że tydzień wcześniej patrol drogówki z tego samego komisariatu przy rutynowej kontroli ujebał ciężarówkę pełną szlugów. I powiem ci, że nikt już tego specjalnie nie ruszał. Biegły napisał w papierach co trzeba, sprawa poszła do umorzenia, a wojewódzka dała dwie nowiutkie radiolki. – Spojrzał na, nieco zaskoczonego jego opowieścią, komisarza, a następnie dodał, jak gdyby chciał, aby historia stała się jeszcze bardziej intrygująca:
wtorek, 18 kwietnia 2017
Fundamenty - Rozdział XXIX
Wyszukując dyskretnie w bazach danych informacji o udaremnionym przemycie, w który miał być zamieszany chłopak Kwiatkowskiej, cały czas myślał o wczorajszym wieczorze. Kiedy szedł do niej na górę miał poważne wątpliwości. Nie wiedział, czy to wszystko ma jakikolwiek sens. Kiedy jednak wracał do samochodu zrozumiał, że tak. To ma sens. Nie potrafił opisać tego, co wczoraj poczuł. Od dłuższego czasu potrzebował akceptacji, zrozumienia, czułości. I wszystko to znalazł w zaledwie kilkanaście dni. Po raz pierwszy, chyba od czasów dzieciństwa, zaczął mówić o swoich uczuciach, zaczął je szczerze okazywać. Nie miał pojęcia, jak do tego wszystkiego doszło. Po prostu – stało się. Miał wrażenie, że w ciągu najbliższych dni nic nie będzie mu w stanie zepsuć dobrego humoru – ani sprośne żarciki rzucane nieustannie przez Przemka, ani chuligańskie incydenty, które od czasu ataku na Frooma, zdarzały się na Tour de France niemal codziennie, ani godziny żmudnego przeglądania zgłoszeń o zaginięciach w dusznym, ciasnym pokoiku, ani nawet ten pieprzony gość z czarnego bmw M Z4 coupe. Cały świat przestał w zasadzie dla niego istnieć. Teraz była tylko Ona.
Znalazł coś, co pasowało do tego, o czym wczoraj opowiadała mu Małgosia. Zimą 2011 roku funkcjonariusze z Wydziału Zabezpieczenia Działań Straży Granicznej zatrzymali na lokalnej drodze podejrzany konwój ciężarówek.
piątek, 14 kwietnia 2017
Fundamenty - Rozdział XXVIII
Rozdział może zawierać elementy nieodpowiednie dla osób poniżej 18. roku życia.
Zaparkował w jednej z uliczek obok osiedla, na którym mieszkała Małgosia. Spojrzał na całkiem wysokie apartamentowce, pomalowane na biało. Jak to się w ogóle stało – myślał, uśmiechając się przy tym pod nosem. – Przecież ta dziewczyna jest z zupełnie innego świata. Studia w Warszawie, pewnie bogaci rodzice. A on? Samotny trzydziestojednoletni policjant z marną pensją, mieszkający w małym mieszkaniu w bloku, pamiętającym jeszcze poprzedni ustrój. Co on jej tak naprawdę mógł zaoferować? Czy oni w ogóle do siebie pasowali? Czy to było w ogóle możliwe? Przez cały ten czas, od momentu kiedy ją poznał, nie mógł zrozumieć, co ona w nim takiego widzi, co ją w nim aż tak pociąga. Przecież jest młoda, piękna, seksowna. Gdyby chciała owinęłaby sobie wokół palca prawie każdego faceta. Dlaczego więc on – ani szczególnie przystojny, ani bogaty? Po co jej ktoś taki? Przyjęło się, że to mężczyzna dużo zarabia, utrzymuje rodzinę. Nie czułby się dobrze, gdy w jego przypadku musiałoby być na odwrót. O czym ty w ogóle myślisz? – przerwał swoje rozmyślania. – Całowałeś się z nią kilka razy, kilka razy poszliście na spacer. Nic więcej. A może po prostu trzeba to zakończyć? – zastanawiał się, wbijając wzrok w kierownicę swojego podstarzałego już nieco forda. Może trzeba oszczędzić jej rozczarowania... Spojrzał na zegarek. Westchnął głęboko. Dochodziła piąta. Nieładnie byłoby się spóźnić – stwierdził już nieco mniej przygnębiony, wysiadając z samochodu.
– Jak tam minął dzień? – zapytała, kiedy prowadziła go do salonu.
Zaparkował w jednej z uliczek obok osiedla, na którym mieszkała Małgosia. Spojrzał na całkiem wysokie apartamentowce, pomalowane na biało. Jak to się w ogóle stało – myślał, uśmiechając się przy tym pod nosem. – Przecież ta dziewczyna jest z zupełnie innego świata. Studia w Warszawie, pewnie bogaci rodzice. A on? Samotny trzydziestojednoletni policjant z marną pensją, mieszkający w małym mieszkaniu w bloku, pamiętającym jeszcze poprzedni ustrój. Co on jej tak naprawdę mógł zaoferować? Czy oni w ogóle do siebie pasowali? Czy to było w ogóle możliwe? Przez cały ten czas, od momentu kiedy ją poznał, nie mógł zrozumieć, co ona w nim takiego widzi, co ją w nim aż tak pociąga. Przecież jest młoda, piękna, seksowna. Gdyby chciała owinęłaby sobie wokół palca prawie każdego faceta. Dlaczego więc on – ani szczególnie przystojny, ani bogaty? Po co jej ktoś taki? Przyjęło się, że to mężczyzna dużo zarabia, utrzymuje rodzinę. Nie czułby się dobrze, gdy w jego przypadku musiałoby być na odwrót. O czym ty w ogóle myślisz? – przerwał swoje rozmyślania. – Całowałeś się z nią kilka razy, kilka razy poszliście na spacer. Nic więcej. A może po prostu trzeba to zakończyć? – zastanawiał się, wbijając wzrok w kierownicę swojego podstarzałego już nieco forda. Może trzeba oszczędzić jej rozczarowania... Spojrzał na zegarek. Westchnął głęboko. Dochodziła piąta. Nieładnie byłoby się spóźnić – stwierdził już nieco mniej przygnębiony, wysiadając z samochodu.
– Jak tam minął dzień? – zapytała, kiedy prowadziła go do salonu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)